Tej jesieni mamy prawdziwy wysyp wystaw. Coś dla siebie znajdą zarówno wielbiciele malarstwa, jak i historii, architektury czy miasta. Niestety za liczbą nie idzie jakość: niektóre wystawy spokojnie możesz sobie darować, bez obawy, że Twoje życie będzie uboższe. Zapraszam na pierwszą część subiektywnego przeglądu jesiennych wystaw.

 

 

 

Wojna, lato, wojna, Warszawa 1939

Dom Spotkań z Historią, do 31 stycznia 2020

 

 

 

To wystawa krótka, choć rok o którym mówi, bynajmniej taki nie był. 12 miesięcy z życia stolicy to opowieść o otwieraniu nowych miejsc rozrywki (choćby Tor Wyścigów Konnych), beztroskich kąpielach i żeglowaniu po Wiśle, radosnym Dniu Matki. Pozorna sielanka pierwszej połowy roku z każdą kolejną radiową wiadomością o sytuacji w Europie coraz bardziej zmienia się w niepewność. Ale czy coś więcej? Czy strach? Na wystawie tego nie wyczujemy. Bo choć bez wątpienia ćwiczenia obrony przeciwlotniczej czy kopanie rowów nie należy do życiowej rutyny, ale przekonanie o tym, że faktycznie tygodnie, nie lata dzielą świat od hekatomby nie było wśród warszawiaków czymś powszechnym.

W niewielkiej części przestrzeni ekspozycyjnej Domu Spotkań z Historią zaprezentowano około stu zdjęć, pokazujących miasto z różnych punktów widzenia. Mamy zdjęcia prywatne, fotografie robione przez przedstawicieli władz (choćby dokumentacja zniszczeń z ramienia stołecznego Ratusza), jak i autorów pracujących na rzecz propagandy.

 

 

 

Rok, który na zawsze zmienił Warszawę

 

Na wystawie zobaczymy miasto uchwycone przez fotoreporterów „Ilustrowanego Kuriera Codziennego”, Juliana Bryana który na wieść o ataku na Polskę na miejsce przyjechał z zagranicy, Sylwestra „Krisa” Brauna, żołnierza Armii Krajowej oraz Wilhelma Haase Lampego – niemieckiego socjaldemokraty, dziennikarza i jednego z dyrektorów koncernu Dragerwerk, którego zdjęcia trafiły na niemieckie kartki pocztowe.

W zależności od autora i momentu zrobienia zdjęcia, mamy tu dramat cywilnych mieszkańców Warszawy, często z ubogich dzielnic czy przedmieść; precyzyjną dokumentację zniszczonych gmachów (np. Pałacu Komisji Rządowej Przychodów i Skarbu na placu Bankowym) i powiększone zdjęcia zrujnowanych domów czy lotnicze zdjęcia zniszczeń.

Całość wystawy uzupełniają m.in. fragmenty dzienników i pamiętników (najczęściej – sugestywne wyimki).

 

 

Formalnie niczego nie brakuje, a jednak odnośnie tej wystawy mam, nie ukrywam, mieszane uczucia. I nie mówię tu o błędzie w podpisie pod zdjęciem (narożnik Wójtowskiej i Zakroczymskiej jest zidentyfikowany jako róg Wójtowskiej i Przyrynku) ani o mniejszej niż zwykle objętości wystawy. Tę ostatnią być może zresztą zrekompensuje program towarzyszący, o którym wspominałam tutaj.

 

Odnoszę wrażenie, przez lata Dom Spotkań z Historią przyzwyczaił nas do (trochę) wyższych standardów. Bardziej dopracowanej koncepcji, szerszego kontekstu czy – przeciwnie – poprowadzenia narracji przez pryzmat losów pojedynczych, konkretnych osób czy choćby kamienicy. Tym razem takiej wciągającej historii po prostu zabrakło, a sam rocznicowy charakter zdjęć to ciut za mało (nie tylko dla wymagających widzów), żeby organizować wystawę.

 

 

 

Gdynia – Tel Awiw

Muzeum Polin, do 3 lutego 2020

 

 

 

Jedno miało mieć charakter eksportowy, być bramą wyjazdową dla towarów i ludzi, ale też wieści o nowoczesnej twarzy świeżo odrodzonej Rzeczpospolitej. Drugie –odwrotnie, miało głównie przyjmować nowych przybyszów i stać się portem docelowym dla rozsianych po świecie Żydów. Na wystawie w Muzeum Polin Gdynia i Tel Awiw, bo o nich mowa, w ciekawy sposób zestawiono i próbowano wykazać (skutecznie, skądinąd), że oba miasta więcej łączy niż dzieli.

 

Najbardziej oczywistym punktem styku jest oczywiście architektura, nie dziwi więc, że po całej przestrzeni wystawy rozsiane są duże, solidne makiety przedstawiające kamienice, hale targowe czy ikoniczne budynki użyteczności publicznej. Drugim co połączyło Gdynię i Tel Awiw, była polsko-żydowska historia. Tę część opowieści – dla mnie zaskakującej, bo (poza wymiarem architektonicznym) mało znaną umieszczono na piętrze – uważaj, nie przegap! Dowiesz się tam o oddziałach polskich przedsiębiorstw otwieranych w Tel Awiwie, ale i o obozie przejściowym dla tych, którzy w drodze na Bliski Wschód polski ląd opuścili właśnie w Gdyni, wcześniej przechodząc kwarantannę.

 

 

Wystawa jest wielowątkowa, co z jednej strony pozwala wybrać to, co interesuje nas najbardziej (jest tu i malarstwo i kwestie propagandowe – obecne w obu miastach w tym samym czasie) i opowieść o miejskich świętach (Święto Morza i Purim); z drugiej – pozwala poszerzyć horyzonty nawet tym, którzy dość dobrze znają historię.

 

I choć pretekstem do tej wystawy również była okrągła rocznica (a nawet trzy: powstania miasta Gdyni, 110-lecia założenia Tel Awiwu, wreszcie stulecia otwarcia Bauhausu) kuratorom udało się zręcznie ominąć możliwe rafy i nie uciec w laurkowy charakter przekazu. A o nieustającym patrzeniu w przyszłość najlepiej świadczy fakt, że na wystawie pojawili się też współcześni artyści (Maja Kiesner i Maurycy Gomulicki), których prace stanowią swoisty pomost między starym a nowym.

 

Tej wystawie – która potrwa aż do lutego przyszłego roku – również towarzyszy bardzo rozbudowany program towarzyszący, którego zapowiedzi znajdziesz tutaj.

 

 

Niespodzianki od Hanki Warszawianki

 

 

Tożsamość. 100 lat polskiej architektury

BUW, parter (wystawa organizowana przez Narodowy Instytut Architektury i Ubranistyki), do 15 grudnia

 

 

 

Kiedy wiele miesięcy dowiedziałam się, że NIAiU organizuje symultanicznie pięć wystaw, po to by kompleksowo – ale i przystępnie – opowiedzieć o ostatniej dekadzie w architekturze polskiej, prawie podskoczyłam z radości. Po pierwsze – pomyślałam – to dobry pretekst, żeby wybrać się w jesienny Tour de Pologne (na który ciągle brak mi czasu), ale co ważniejsze – skonfrontować wrażliwość i perspektywę wielu kuratorów, ich doświadczeń i umiejętności przekazu. A jeśli przy tym całość okaże się w jakiś sposób spójna i (lub) inspirująca, stosunkowo nowa instytucja szturmem podbije serca miłośników architektury.

 

Na razie jestem po wizycie na wystawie warszawskiej, której tematem przewodnim miała być władza. I póki co… poczekam może z ostatecznymi opiniami, bo a nuż stołeczna wystawa nie będzie miarodajna dla całości.

 

 

Już na początku dowiadujemy się, że kurator (Grzegorz Mika) wybrał dla widza lata 1936-1956. Szkoda, że kilkanaście zdań później powyższy czasokres zaczyna się… w 1939 roku (przynajmniej uważnie wczytując się w tekst na tablicy). Co tam, pewnie przeoczenie, brak redakcji, (może) można pominąć milczeniem. Szkoda, że od początku trzeba ciut nieufnie patrzeć na wystawę, zastanawiając się, czy i gdzie jeszcze mogą trafić się takie nieścisłości. A może to dlatego, że długi lity tekst ciężko jest czytać z uwagą i taki niuans umknął nawet koordynatorowi?

 

Szybko wyjaśnia się: faktycznie chodziło o narrację od 1936 roku, a skoro tak to na pierwszy ogień załapała się jeszcze Dzielnica Marszałka Piłsudskiego (choć planowana, o czym uczciwie informuje podpis, na długo przed śmiercią Wodza). Zaczynamy zatem od efektownej makiety tej przestrzeni wypożyczonej z Muzeum Józefa Piłsudskiego w Sulejówku. Tej samej, którą oglądali widzowie przedwojennej wystawy „Warszawa Wczoraj Dziś Jutro”.

 

 

Druga szansa

 

Zostańmy przy makietach, bo o nich można mówić właściwie tylko dobrze. Wykonane z różnych materiałów, dotyczą zróżnicowanych rozwiązań przestrzennych, wciągają i pozwalają zapomnieć o wrażeniu, że te treści już gdzieś czytaliśmy. Gdzie? Pewnie w różnych miejscach, bo narracja (i wybór tematów) jest dość bezpieczna, by nie powiedzieć – szablonowa i przewidywalna. Wspominając o okupacyjnych dziejach Warszawy dowiemy się zatem m.in. o planie Pabsta (niezrealizowanym, podobnie jak Dzielnica Marszałka Piłsudskiego), nie dowiemy – choćby o przebiciu Marszałkowskiej przez Ogród Saski (zrealizowanym, jak najbardziej). Jeśli rzeczywiście „lubimy tylko te piosenki, które już znamy” to… może wyjdziemy zachwyceni. Ja nie wyszłam. Byłam za to zaskoczona, jak niewiele (i jakich oczywistości) udało się pokazać na dużej, a dość słabo zagospodarowanej przestrzeni.

 

 

Nie pozostaje nic innego, jak wybrać się do Lublina, Poznania, Krakowa i Katowic. Może tam czekają jakieś pozytywne zaskoczenia.

 

Uwaga: Wystawa otwarta jest w dość dziwnym trybie (we wtorki i czwartki: 10.00–17.00, we środy i piątki: 15.00–19.00, w soboty i niedziele: 11.00–18.00) więc nim się wybierzesz, upewnij się, czy nie odejdziesz z kwitkiem.

 

 

 

36xRembrandt

Zamek Królewski, do 3 listopada

 

 

 

I na koniec parę słów o wystawie krótkiej (tylko do początku listopada) i kameralnej. Na parterze Zamku Królewskiego w kończącym się Roku Rembrandta podziwiać można 36 prac artysty. Nietrudno się domyślić, że rysunki i grafiki tworzą tylko efektowną oprawę dla najcenniejszych, malarskich plac Holendra znajdujących się w zbiorach Zamku. Mowa oczywiście o „Dziewczynie w ramie obrazu” i „Uczonym przy pulpicie”, o których wspominałam tutaj.

 

I to właśnie dodatkowy walor wystawy: w tym roku mija ćwierć wieku od czasu, gdy profesor Karolina hrabina Lanckorońska napisała do prezydenta Wałęsy list z informacją, że chciałaby przekazać cenny dar królewskiej rezydencji. Pierwsza sala poświęcona jest zatem burzliwym dziejom obrazu od XVIII wieku aż po moment przekazania go przez Karolinę Lanckorońską.

 

 

Co ciekawe, w jednej z kolejnych sal pojawia się obraz według Rembrandta, który widać obok „Dziewczyny w ramie obrazu” w wiedeńskiej rezydencji Lanckorońskich. Zdjęcie możemy zaś zobaczyć w pierwszej sali.

 

 

Nie tylko Rembrandt

 

Eksponowane są też kopie (wykonanych w różnych technikach) „warszawskich” płócien Rembrandta, czasem – co ciekawe – przedstawionych w lustrzanym odbiciu. W kolejnej sali wypożyczone z różnych miejsc – Gabinetu Rycin Biblioteki Uniwersytetu Warszawskiego, Polskiej Akademii Umiejętności – studia postaci kobiet, starców, uczonych oraz autoportrety Rembrandta i wizerunki osób z jego otoczenia.

 

W odróżnieniu od opisywanej wcześniej wystawy w BUW-ie, tu dbałość o formę przekazu jest godna pochwały. Zobacz sam:

 

 

A jeśli będziesz chciał sprawdzić, czy dobrze pamiętasz dzieła Mistrza, w zabawnej formie będziesz mógł to sprawdzić w ostatniej, popularyzatorskiej, sali. Jeśli będziesz miał szczęście, może uda Ci się spotkać wolontariuszy z projektu ”Opowiadam”, którzy przybliżają wyjątkową historię zamkowych obrazów Rembrandta, a także tajniki warsztatu malarza.

 

Aha, w holu możesz sobie też zrobić selfie w kwiatowej ramie.I pamiętaj o wykładach towarzyszących wystawie. I pamiętaj o wykładach towarzyszących wystawie. Polecam je tutaj. 

 

Jak widzisz jest z czego wybierać, a to jeszcze nie wszystko. O kolejnych wystawach, jakie jesienią otworzyły się (albo dopiero otworzą) w Warszawie opowiem Ci niebawem.

 

A jeśli lektura artykułu zainspiruje Cię do odkrywania miasta, podpowiedzi, co zobaczyć,  znajdziesz tutaj i tutaj. Jeśli chcesz, żebym przygotowała dla Ciebie prywatną wycieczkę, propozycje znajdziesz tutaj.