Wojciech Młynarski wprowadził poezję do codziennego życia. Przez kilka dekad jego teksty na przemian budziły uśmiech, wzruszenie albo pobudzały do refleksji. Ale ale: nie pisałabym o tym, gdyby nie fakt, że w moim domu „mówiło się Młynarskim” i w sumie robię to do dziś. A trzecia rocznica śmierci tekściarza/remiechy/artysty* (wybierz sam, co Ci najbardziej odpowiada) to dobra okazja, by wybrać się spacer stołecznymi ścieżkami Wojciecha Młynarskiego. 

Zaczynamy na Lwowskiej. Czy tu przyszedł na świat i spędził dzieciństwo? A skąd: urodził się, jak wspominał, w lecznicy nad kinem Palladium, ale najmłodsze lata spędził otoczony muzyką wysokich lotów w willi dziadków w Komorowie. Stamtąd dojeżdżał potem do liceum im. Tomasza Zana w Pruszkowie. Tam też, w wagoniku EKD (potem WKD – Warszawskiej Kolei Dojazdowej) prowadził mimowolne obserwacje pasażerów, co zaowocowało później niejednym tekstem.

O klimacie domu, do którego wpadali artyści uprawiający zapomnianą nieco sztukę melorecytacji przy akompaniamencie fortepianu, dużo mówi ten utwór, napisany już w latach 80.

 

 

We wspomnianym liceum Wojciech Młynarski, jak wspominał, po raz pierwszy doświadczył… cenzury. W zgrabnej rymowance obśmiał szkolną klepkę, na którą obsługa chuchała i dmuchała i którą zadkami froterowali też uczniowie.

 

Południowe Śródmieście

 

Przeprowadzka do Warszawy to w pewnej mierze – jak głosi powtarzana ponoć rodzinna legenda –  zasługa „wuja reakcjonisty” z utworu „Truskawki w Milanówku”. Mowa o słynnym pianiście Arturze Rubinsteinie. To on podczas jednego z pobytów w Polsce miał wystarać się u władz o mieszkanie w Warszawie dla matki Wojciecha, Magdaleny.  Ta ostatnia pracowała w dziecięcej redakcji Polskiego Radia i codziennie długie godziny poświęcała na dojazdy do pracy. Czasami na nagrania zabierała dzieci. Pewnego razu, jak wspominał rezolutny synek, reżyser kazał mu beczeć ciszej (odgrywał rolę kozy), bo… zagłusza inne dzieci!

To właśnie o tym mieszkaniu, do którego sam wrócił w ostatnich latach życia, mowa jest w przejmującym utworze „Naszych matek maleńkie mieszkanka”.

 

 

Studencki czas

Hybrydy, ul. Mokotowska

 

Kolejny przystanek to Hybrydy. W najstarszym domu przy Mokotowskiej działał – dziś już legendarny –  klub studencki. Prędko miało się  okazać, że jest to kuźnia talentów, nie tylko zresztą muzycznych. Filmy na Dyskusyjny Klub Filmowy przynosił Krzysztof Zanussi, zapaleńcy ćwiczyli logikę w ramach Klubu Brydżowego, na dole działał klub jazzowy, na górze – kabaret. Przed wejściem parkowały skutery lambretta należące do bananowej młodzieży, a do środka wpuszczał – wspominany przez Młynarskiego – bramkarz pan Stefan. Ten ostatni po latach został… wiceministrem.

 

Wojciech Młynarski Hybrydy

 

Wojtek Pszczół – tak, z powodu pracowitości nazywano Wojciecha Młynarskiego, stworzył w Hybrydach programy „Radosna gęba stabilizacji”, a potem „Ludzie to kupią”. Na celowniku znalazły się minimalizm ambicji, tanie snobizmy i wygodnictwo. Jak wspominał bohater artykułu:

 Wtedy liczyło się  co kto powie, i muszę przyznać, miałem w klubie niezłe notowania. Dodając też uczciwie.

Wszędzie fruwały anioły. Zgrywałem się z tego, bo mam szyderczy temperament.

 

Atmosferę tamtych dni najłatwiej znaleźć tutaj:

 

 

Recenzje tych, na których Wojciechowi Młynarskiemu, od 1957 studentowi polonistyki, zależało, nie zawsze były entuzjastyczne. Pewnego razu po programie Jerzy Jurandot ocenił:

Forma zupełnie dobra, ale strona myślowa jeszcze szwankuje.

Przy stoliku

U Ewy, ul. Konopnickiej

 

W Warszawie lat 60. było też ważne miejsce, o którym dziś mało kto pamięta. Według relacji prasowych nie wyglądało może najciekawiej:

[przychodzą tam] snobi, znawcy, koneserzy, przychodzi profesor Bardini, profesor Sempoliński, Jerzy Waldorff i mnóstwo innych ludzi, mnóstwo felietonistów znudzonych brakiem tematu.

Chodzi o kawiarnię „U Ewy”, która… jak wyżej: była – to słowa Wojciecha Młynarskiego – laboratorium polskiej kultury masowej. Mieściła się przy ulicy Konopnickiej, a organizowano tu Giełdę Piosenek Kompozytorów i Autorów. Było to coś na kształt eliminacji do Festiwalu w Opolu.

Jednym z zauważonych utworów był „Z kim tak ci będzie źle, jak ze mną”. To z nim związana jest – późniejsza już anegdota sprzed występu w Opolu. W roli głównej występuje Kalina Jędrusik i autor tekstu czyli Wojciech Młynarski.

 

Wojciech Młynarski Kalina Jędrusik

Pomnik Kaliny autorstwa Maurycego Gomulickiego

 

– Proszę pana, ja tego nie zaśpiewam. Nie powiem tych słów, bo dama tak nie mówi, do damy one nie pasują – i wskazała na wers „kto będzie zdrowie miał i nerwy na takie ścierwo jak ty”.

Ja na to, że jak dama się zezłości, to jeszcze gorszych słów używa – a Kalina do Agnieszki:

Widzisz, kurwa, on nic nie rozumie.

 

 

 

Plejada gwiazd

„Dudek” na Nowym Świecie

 

Kolejnym punktem na zawodowej mapie Warszawy Wojciecha Młynarskiego był kabaret Dudek. Występy odbywały się w kawiarni Nowy Świat, na rogu tej ulicy i Świętokrzyskiej. Przepustką do „Dudka”, gdzie rekomendowało go dwóch innych gigantów polskiej piosenki: Agnieszka Osiecka i Jeremi Przybora, był właśnie utwór „Z kim tak ci będzie źle, jak ze mną”

 

Trafił tu w 1964 roku, kiedy wśród autorów „Dudka” byli już Stefania Grodzieńska, Jerzy Jurandot, Janusz Bianusz, Stanisław Tym, Jerzy Wasowski i Jeremi Przybora. Współpracę z Jerzym Wasowskim ułatwił nowemu narybkowi sam Edward Dziewoński.

Dziewoński go polecił „Mam tu tekst Młynarskiego, syna naszej znajomej z radia. To zdolny chłopak. Napisz mu do tego muzykę.”Wojciech Młynarski wspominał, że kiedy głośno zachwycał się pięknie wykaligrafowanymi nutami Wasowski odrzekł:

Proszę pana, bazgrać mogą geniusze. Rzemieślnicy muszą pisać wyraźnie

 

Do „Dudka” – jak sam wspominał – Wojciech Młynarski wszedł „na mewach”. Podczas rejsu na „Batorym” do USA (osiem dni w jedną, jedenaście w drugą stronę) poznał się dobrze z kolegami z kabaretu. Śmiertelnie poważnie podchodzili do swojej pracy, ćwiczyli i cyzelowali. Wiesław Gołas opowiadał swoją wersję dowcipu o pijaku i kocie, który niemiłosiernie hałasuje. Stojąc na pokładzie mówił: „jak te mewy strasznie tupią”. Tak powstał swojski tekst do przeboju Franka Sinatry:

 

 

Z kolei do min Wiesława Gołasa powstał utwór „W co się bawić”!

 

Parę lat później zachęcony pozytywnym odbiorem publiczności Wojciech Młynarski szuka salki wielkości sceny w Buffo i słyszy, że wolna jest Sala Kongresowa. I to na trzy wieczory. Jak wspominał na koncernach „pomyślałem, że owszem, miało być kameralnie, ale może nie aż tak bardzo”. Ale wyzwanie podjął – co lubił przypominać podczas recitali – i w miejsce francuskiego zespołu, który nie przyjechał, trzykrotnie wypełnił Salę Kongresową. Jednym z dwudziestu dwóch utworów była „Polska miłość”:

 

 

 

Po co babcię denerwować

Cenzura na Mysiej

 

Z czasem staje się jednym z czołowych krytyków systemu, problem w tym, że piekielnie inteligentnym. Trafia na listę artystów, na których trzeba mieć oko. O swoje teksty musi więc często walczyć…na Mysiej. Tu mieści się Centralny Urząd Kontroli Prasy Publikacji i Widowisk, czyli po prostu Cenzura. Choć zdarzało się, że poprawek domagali się wnikliwi słuchacze.

 

Wojciech Młynarski cenzura

 

Tak było z niewinnym z pozoru tekstem „Lubię wrony”

Gdy na polu ze śniegiem wiatr wyje/Żadna wron przez chwilę nie kryje/

Że dlatego na zimę zostają/że źle fruwają.

Ale wrona czy młoda czy stara/się do tego dorabiać nie stara

Manifestów i ideologii/i to ją zdobi

 

 

Jak wspominał Wojciech Młynarski, napisał do niego profesor ornitologii:

jest Pan w błędzie, ponieważ nasze polskie wrony na zimę odlatują na Węgry. A do nas przylatują wrony ze Związku Radzieckiego.

I kontynuował:

Mnie ta wiadomość szalenie zainteresowała i postanowiłem, że każdorazowo będę ją podawał po odśpiewaniu tej piosenki. Ale musiałem tę informację ocenzurować. Cenzor na nią popatrzył i powiada” Proszę pana, takich wiadomości ujawniać nie wolno.

 

Nie tylko ta informacja wprawiła artystę w zdumienie. Podobnie było z utworem „Gołas Show”, którego fragment brzmiał:

 

Odpocznijmy sobie trochę od Gołasa/Wierzcie mi, to ma swój cel.

Jeszcze będzie wrażeń cała masa/Teraz mały relaks sobie strzel (…)

Drogi nasz artysta, mam nadzieję/Też nas nie zrozumie źle

Najsmaczniejszy kąsek też się przeje/Gdy się zbyt łapczywie je.

Niech więc od Darłówka do Zalesia/Każdy w mig zrozumie to,

Że odpocząć i od Wiesia/Czasem dobrze jest.

By potem jeszcze bardziej lubić go.

Tak Wojciech Młynarski relacjonował wizytę u cenzora:

Niewinna piosenka, prawda? A zatwierdzacz błysnął okularami i powiedział:

– I ja mam to puścić, tak?

Ja mówię:

– A dlaczego nie?

– Proszę pana, a jak Gołas ma na imię?

Ja mówię:

– Wiesław.

– A jaki jest, proszę pana, partyjny pseudonim naszego pierwszego sekretarza?

Ja mówię:

– Aha!

– I co, odpocznijmy sobie trochę od Wiesława, tak?

Ja mówię:

– By potem jeszcze bardziej lubić go.

– Proszę pana, chytrze to panowie wymyślili!

Show nigdy nie został zatwierdzony.

 

Mój teatr Ateneum

Jaracza

 

Przystanią, do której na kilkadziesiąt lat zacumował Wojciech Młynarski, był „teatr z ulicy Jaracza” czyli teatr Ateneum. Ta instytucja (w której dziś jest sala jego imienia) trafiła też do licznych piosenek artysty. Zaczęło się od tłumaczeń piosenek Jacquesa Brela, które robił w stanie wojennym. Tłumacząc z przymrużeniem oka:

do konspiracji z moją twarzą to ja się raczej nie nadawałem.

 

 

Przed kilkoma laty Michał Bajor umieścił na swojej płycie tekst  Wojciecha Młynarskiego „Warszawa w czasach mego debiutu”, w którym też jest wyznanie miłosne do powiślańskiego teatru.

 

 

Jego teksty śpiewali najważniejsi polscy artyści. Od Ewy Bem, przez Alicję Majewską, Irenę Santor po Jana Kobuszewskiego. Napisał około dwóch tysięcy piosenek, zrobił niezliczone tłumaczenie Brassensa, Brela, Okudżawy, Wysockiego.

O zgrozo, jego teksty – choć często powstały dobrych kilka dekad temu – co pewien czas znowu stają się aktualne. Ale żeby zakończyć optymistycznie (tekst powstaje w czasach przymusowej koronawirusowej kwarantanny), zostawiam Cię z dwoma utworami, które dziś mogą Ci przynieść otuchę.

 

 

 

Zmarły w marcu 2017 roku artysta jest pochowany w Alei Zasłużonych na Starych Powązkach.

A jeśli chcesz bezpiecznie poznawać swoją okolicę w czasach koronawirusa, zapraszam na mikrowyprawy online. Znajdziesz je tutaj.

 

Podczas pisania korzystałam z książek: „Dookoła Wojtek. Opowieść o Wojciechu Młynarskim” Dariusza Michalskiego, „Młynarski. Rozmowy” oraz „Mistrz. Absolutnie”  Katarzyny Skrzydłowskiej-Kalukin